english version

09-07-2017

04-02-2003

wersja polska

 

Wspomnienia Haliny Kozłowskiej (z domu Stawskiej)
w 60 rocznicę śmierci trojga powstańców


Basię, Wajszczukównę poznałam przed wojną w szkole powszechnej w Krasnymstawie. Mojego Ojca urzędnika, przeniesiono z Siedlec do tego powiatowego miasteczka, gdzie pracował w urzędzie skarbowym. Szkoła mieściła się przy ul. Zakręcie w parterowym budynku, a przed nią był obszerny plac. Chodziłam do szkoły z radością, lubiłam się uczyć. Wśród nauczycieli wyróżniał się pan Niewidziajło. Był najsilniejszą osobowością i stanowił dla nas wyrocznię we wszystkich sprawach. Niewysoki brunet o silnej budowie ciała, przenikliwych czarnych oczach i włosach przyprószonych pierwszym srebrem nie potrzebował zabiegać o autorytet, po prostu nim był. Wymagający i sprawiedliwy, wielki patriota, pełen energii działacz brał udział w przygotowaniach społeczeństwa do wojny. Był ojcem sześciorga dzieci, z których jedno - Alicja Joanna chodziła wraz ze mną do tej klasy i była traktowana przez ojca z taką samą surową sprawiedliwością jak wszystkie inne dzieci.

Najbliższymi moimi koleżankami były trzy dziewczynki: Joasia Niewidziajło,[1] Teresa Borkowska i Basia Wajszczuk, z którą przez pewien czas siedziałam w jednej ławce. Basia była skromną, pełną prostoty dziewczynką o długich brązowych warkoczach, zielonych oczach, brzoskwiniowej cerze, ubraną zawsze, jak wszystkie dzieci, w czarny fartuszek z białym kołnierzykiem. Czasem bywałam w jej domu, w rynku. Rynek składał się z czworoboku przeważnie piętrowych budynków, a w środku znajdował się niewielki skwer. Mieszkanie Basi mieściło się na piętrze i było bardzo duże. Byłam zawsze onieśmielona, świadoma wysokiej pozycji w hierarchii społecznej tej rodziny. Ojciec Basi był powszechnie znanym lekarzem. Przechodziłyśmy przez dużą mroczną kuchnię, gdzie często pracowała matka Basi i szłyśmy do obszernego salonu zalanego światłem z okien wychodzących na skwer. Poznałam rodzeństwo Basi: najstarszą siostrę Danusię, która studiowała farmację, starszego brata Antka, wysokiego, czarnowłosego młodzieńca i najmłodszego Wojtka, ucznia szkoły powszechnej, małego pulchnego chłopca.

Pierwszego września 1939 roku moja Mama szykowała dzieci do szkoły. Prasowała mój granatowy mundurek z niebieską tarczą, z którego byłam dumna jak paw, po prostu pękałam z dumy, że będę uczennicą gimnazjum, ukończyłam bowiem sześć klas szkoły powszechnej. Nagle dom zatrząsł się, rozległ się huk, buchnął tuman kurzu, zabrzęczały wybite szyby.

Uciekaliśmy wszyscy na dół po schodach i próbowali chować się w kartoflach rosnących w ogrodzie za domem. Starałam się ze wszystkich sił, by być blisko matki, bo to było dla mnie gwarancją, że nic złego się nie stanie. W ogrodzie obok domu upadła niewielka bomba wyrywając szeroką dziurę w ziemi. Słychać było huk padających gdzieś bomb i świst kul wystrzeliwanych z nisko latających samolotów niemieckich.

To był pierwszy dzień wojny. Wkrótce potem jechały jedna za drugą furmanki, wiozące na cmentarz jasne trumny z nieheblowanych desek. Matka moja powiedziała potem, że we śnie liczyła na palcach do pięciu i tyle lat będzie trwała wojna, lecz my (ja wraz z siostrą i bratem) oburzeni, głośno jedno przez drugie zapewnialiśmy gorąco, (zgodnie z ówczesnym powszechnym przekonaniem), że najwyżej w trzy miesiące przegonimy Niemców.

Wojna rozpędziła nas - trzy szkolne przyjaciółki, w różnym czasie traciłyśmy siebie z oczu. Jako jeden z pierwszych w mieście został aresztowany i poszedł na śmierć pan Niewidziajło, zostawiając żonę z sześciorgiem dzieci. Na początku wojny były straszliwe zimy, pamiętam suchy trzask pękających z mrozu drzew. Węgla nie było dla Polaków, tyle tylko. aby napalić pod kuchnia i coś ugotować Nie było żywności. Nie zapomnę nigdy radości, która uskrzydlała serce pod obłoki, gdy po obudzeniu uświadamiałam sobie, że dziś będzie w domu chleb. Szło się do sklepu, stawało w długiej, długiej kolejce i na kartki kupowało czerwoną marmoladę z buraków i ciemny lepiący się, gliniasty chleb, w którym jaśniały kawałki słomy. Tego chleba było niewiele dekagramów i najczęściej jeszcze tego samego dnia się go zjadało, chociaż była to porcja wydzielona przez Niemców na tydzień.

Rozchorowałam się i wydawało się rodzicom, że nadszedł koniec mojego życia. Pamiętam, że ktoś (ojciec?) niósł mnie na rękach do sali w szpitalu. Słyszałam czyjś głos protestujący przeciwko znoszeniu umierających do szpitala. Ksiądz udzielił mi namaszczenia Olejami Świętymi. Przyszedł do mnie doktor Wajszczuk, przychodził kilka razy dziennie i pamiętam to dobrze, w nocy pojawiał się cichutko i pochylał nic nic mówiąc. Przychodził z domu nocą do ciężko chorych, choć obowiązywała godzina policyjna. Być może doktor miał tzw. przepustkę, ale zdarzało się, że Niemcy nie sprawdzając strzelali do znajdujących się nocą na ulicy Polaków. Jednocześnie zapadłam na dwa tyfusy: brzuszny i plamisty. Leżąca na sąsiednim łóżku młoda kobieta, po otrzymaniu chleba chowała go pod poduszkę, pukała w ścianę nieprzytomnie wołając rodzinę, po trzech dniach cichutko umarła. Nikt do mnie nie przychodził, to był oddział zakaźny, krzątały się tylko siostry zakonne, łagodnie uśmiechnięte anioły o dobrych rękach niosących ulgę. Obcięły mi warkocze i czesały mnie. I cichy, nieodłączny doktor Wajszczuk z troską doglądający chorych. Leżałam w sali na wysokim parterze i pewnego dnia zdumiona zobaczyłam główkę Basi Wajszczukówny, zadartą jak najwyżej. Usłyszałam jej wesoły głos. Przyszła do szpitala po bochenek chleba, który lekarze czasem otrzymywali. Jak wdrapała się tak wysoko, nie wiem. Cieszyła się i wyciągała ku mnie rękę z ułamanym, ciemnym kawałem chleba, chwaląc go, że jest świeży, jeszcze ciepły. Ale ja nie mogłam wstać. W tym momencie wszedł doktor. Basia usłyszała surowe słowa ojca, który uświadomił nam, jak bardzo niebezpieczne byłoby zjedzenie przeze mnie choć najmniejszego kawałka tego chleba.

Kiedy byłam już w domu przyszła pewnego dnia pani Wajszczukowa. Usiadła skromnie na krześle w kuchni i pytała moją mamę czy pozwoli mi wyjechać na wieś z Basią do Żółkiewki, gdzie państwo Wajszczukowie mieli dom (lub jego część), chyba w jakimś folwarku. Pojechaliśmy we troje z Antkiem i Basią. Był to duży, drewniany dom pomalowany na ciemny kolor. Przed domem znajdował się podjazd i duży gazon. Basia prała mi moją odzież, karmiła, oddając wszystkie lepsze kąski. Gdy nie chciałam jeść, oświadczała, że jeśli nie zjem, wyrzuci to, bo ona jeść nie może. Ponieważ nie miałam szczoteczki do zębów, umyła mi je własną. W Żółkiewce nie byliśmy długo.

U państwa Wajszczuków zamieszkał oficer niemiecki z gestapo zabierając im część mieszkania. Dzieci tzn. Antek, Basia i Wojtek wyjechały do Warszawy do szkół. W Krasnymstawie zamknięto jedyną szkołę średnią i wywieziono większość nauczycieli. W stolicy były większe możliwości kontynuowania nauki. Moja mama jeździła czasem do swej rodziny przez Warszawę. Rodzeństwo Wajszczuków zapraszało ją, gościło, witało i żegnało ze łzami. Pani Wajszczukowa z Danusią, z Krasnegostawu jeździły często do dzieci. Pewnego razu po powrocie znalazły doktora martwego, leżącego na podłodze obok drzwi. Może chciał iść, szukać pomocy?
W lipcu 1944 roku weszły do Krasnegostawu wojska polskie i radzieckie. Pierwszego sierpnia wybuchło powstanie w Warszawie. Kościół był otwarty cały dzień, gdzie wzywano do modlitwy za powstańców.

Kiedy pani Wajszczukowa pojechała do Warszawy, nie było już domu, w którym mieszkały dzieci i nie było Warszawy. Mówiono, że szukała wszędzie swoich trojga dzieci i nie znalazła nikogo. Zostawiała kartki z prośbą o informację, szukała najmniejszych choćby śladów. Podobno kiedy dowiedziała się o ich losach, osiwiała w przeciągu kilkunastu godzin. Walcząc o wolną Polskę zginęli wszyscy.

Nie pamiętam, żebym podziękowała doktorowi za uratowanie życia, nie pamiętam, czy dziękowałam pani Wajszczukowej lub Basi. Wydawało mi się to wszystko takie zwyczajne i oczywiste. Smutne jest to, że często nie umiemy ocenić łudzi, których spotykamy na drodze życia. Dopiero po latach, z perspektywy, najczęściej gdy odejdą, stają się bardziej jednoznaczni, jednowymiarowi i nareszcie wiemy, jacy byli i kim w rzeczywistości byli da nas. W miarę poznawania ludzi i świata, który stworzyli, dowiedziałam się, że spotkawszy rodzinę Wajszczuków, spotkałam jednak dobrych Ludzi, moich prywatnych świętych, o których nie mogę myśleć bez łez. Dziś - ze wszystkich grobów na świecie mam dwa najdroższe - mego Ojca i Matki oraz grób Rodziny Wajszczuków.

Piotrków Trybunalski, 4 sierpnia 2004 roku


[1] Wyjątki wspomnień Alicji (Joasi) Niewidziajło (zobacz)

[2] Zdjęcia (kserokopie z książki) nadesłane przez Wojciecha Miężała z Chicago.


Przygotowali: Waldemar J Wajszczuk & Paweł Stefaniuk 2000-2017
e-mail: wwajszczuk@comcast.net