english version

09-07-2017

03-02-2003

wersja polska


ARTYKUŁ z dnia (2008-08-13)

 
Wspomnienie 13 sierpnia 1944 - jednego z najtragiczniejszych dni powstania warszawskiego

Sanitariuszka Basia Wajszczuk

13 sierpnia 1944 r. w Warszawie na ul. Kilińskiego wybuchł niemiecki czołg-pułapka, raniąc lub zabijając kilkaset osób. Była wśród nich córka siedleckiego lekarza, 18-letnia Basia Wajszczuk ps. „Basia”, „Baśka”*. Pamięć poległych wówczas, a także innych obrońców Starówki, uczcili dziś: mieszkańcy stolicy, kombatanci i harcerze.

Po mszy świętej, odprawionej w Archikatedrze św. Jana, powstańcy, poczty sztandarowe formacji powstańczych Starego i Nowego Miasta, organizacji harcerskich oraz przedstawiciele władz przeszli na ul. Kilińskiego. Miejsce wybuchu czołgu-pułapki upamiętnia tu tablica z napisem: „Miejsce uświęcone krwią 500 powstańców i mieszkańców Starówki poległych 13.08.1944 od eksplozji czołgu z podstępnie założonym przez wroga materiałem wybuchowym”. Złożono kwiaty i wieńce, zapłonęły znicze. Rocznicę wydarzeń z 13 sierpnia obchodzi się jako Dzień Starówki - tak 16 lat temu zdecydowali mieszkańcy Starego i Nowego Miasta. 

* Basia Wajszczuk urodziła się w 1926 r. w Krasnymstawie. Była córką lekarza Edmunda Wajszczuka i Marii z Bieguńskich oraz siostrą: Antoniego (
ur. 24 czerwca 1924 r. w Sokołowie Podlaskim), Wojciecha (ur. 1929 r., również zginęli w powstaniu) i Danuty**. Była harcerką w drużynie „Błękitnej” Hufców Polskich. W konspiracji przeszła szkolenie sanitarne. W powstaniu była sanitariuszą kompanii harcerskiej „Anna” batalionu „Gustaw” zgrupowania „Róg” na Starym Mieście. 13 sierpnia została ciężko ranna od wybuchu czołgu-pułapki. Umieszczona w powstańczym szpitalu przy ul. Kilińskiego 3 zginęła 26 VIII 1944 r. pod gruzami zbombardowanego przez "Stukasy" szpitala. 

Po ekshumacji została pochowana na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w kwaterze A-25. Nazwisko jej upamiętniono na płycie symbolicznego grobu Batalionu "Gustaw" w kwaterze B-24. (za tekstem S. Kordaczuka „Siedlczanie w powstaniu warszawskim”, zamieszczonym w „Kurierze Siedleckim” oraz fragmentem książki "135 Pluton AK VII zgrupowania "Ruczaj" i jego kadeckie korzenie" Zebrał i opracował Andrzej Dlawichowski. Wydawnictwo Doroty Karaszewskiej Warszawa 1994, str. 201) 

** Rodzina Wajszczuków złożyła ogromną daninę krwi na ołtarzu Ojczyzny. Rodzice Edmund i Maria z Bieguńskich pochodzili z Siedlec. Mieli czworo dzieci: Danutę, Antoniego, Barbarę i Wojciecha. Ojciec był lekarzem początkowo w Wyrozębach koło Siedlec, potem w Żółkiewce, a w okresie okupacji w Krasnymstawie. Matka z dziećmi w 1942 r. przeniosła się do Warszawy do swego brata Tadeusza Bieguńskiego zamieszkałego na ul. Ogrodowej 23. Ojciec zmarł (lub został zamordowany - brak danych) w 1943 r. w Krasnymstawie. Antoni, Barbara i Wojciech zaangażowani byli w podziemiu i cała trójka brała udział w Powstaniu. 
Antoni ps. "Toni" zginął podczas walki o budynek Departamentu Kawalerii 1 lub 3 VIII 1944 w 135 Plutonie. 
Wojciech ps. "Wojtek" brał udział w Powstaniu na Ochocie. 2 VIII 1944 r. w trakcie przebijania się oddziałów Ochoty do lasów sękocińskich został schwytany przez Niemców i rozstrzelany w grupie 60 osób pod Pęcicami. 

Tragedię na Kilińskiego z 13 sierpnia 1944 bardzo dokładnie opisał Robert Bielecki w książce "Gustaw" - "Harnaś" dwa powstańcze bataliony" (PIW, 1989): 

"13 sierpnia, w niedzielę, służbę na barykadach pełniły kompanie „Anna” i Harcerska. (...) Od rana panował spokój i nic nie wskazywało, by Niemcy zamierzali podjąć w tym dniu kolejny atak. (...) Nagle ok.oło godziny 11.00 posterunki obserwacyjne dały znać, że od Nowego Zjazdu zbliżają się dwa czołgi, kierując się na plac Zamkowy. Pierwszy z nich był normalnym wozem bojowym (dziś już nie sposób ustalić, czy była to „pantera”, czy „tygrys”), drugi natomiast – o wiele mniejszy – był bez działa i karabinu maszynowego. W pierwszym odruchu jednak brano go także za zwykły czołg, w rozgoraczkowaniu nie zwrócono uwagi, że jest inny. Oba wozy jechały samotnie – nie towrzyszyła im żadna osłona piechoty. (...) 

Większy z czołgów zaczął się wycofywać ku Nowemu Zjazdowi, mniejszy natomiast dotoczył się do barykady (przy Podwalu – przyp. Ana) i wjechawszy przednią częścia na nią – stanął, niezdolny do jej pokonania. Z wnętrza wyskoczył jeden tylko czołgista i biegnąc pod ścianami kamienic, zniknął w parę sekund później w pobliskich gruzach. Wszystko to dokonało się tak nagle, że żaden z obrońców barykdy nie zdążył nawet oddać choćby jednego strzału za kierowcą. Uwagę wszystkich skupiał sam pojazd (...). Nie bardzo wiedziano, co robić dalej, jak zwykle w takich wypadkach, każdy był odmiennego zdania. (...) w tym momencie chyba nikt nie podejrzewał zasadzki – po prostu wszystko rozegrało się w „normalny sposób”. Ostatecznie przecież nie było niczego szczególnego w tym, że tak łatwo wycofał się drugi czołg i że kierowca tantietki (jak zaczęto nazywać pancerny wóz ze względu na jego niewielkie rozmiary) porzucił swój pojazd. Widocznie – tłumaczono sobie – nastąpiła awaria silnika albo też gąsienice zaplątały się w jakimś żelastwie. (...) 

Oględziny wypadły pomyślnie. Nie tylko nie stwierdzono niczego podejrzanego, ale nawet zdołano uruchomić silnik. Pojazd był „na chodzie”, można było nim manewrować. (...) odjechał w głąb Podwala, już wówczas na pancerzu siedziało kilka osób. Ludzie stojący na Podwalu radośnie witali zdobyty pojazd. Grupa sanitariuszek z Harcerskiej pozdrawiała przejeżdżających, rzucając im gruszki. (...) już wcześniej poinformowano gen. „Bora”, że oto zbliża się „zdobyty czołg”. Komendant Główny AK podszedł do okna i przyglądał się teraz tankietce stojącej już na Kilińskiego. (u wylotu Kilińskiego na Podwale – przyp. Ana) (...) 

Nagle potężna, nieprawdopodobna eksplozja. (...)
Antoni Dobraczyński ps. „Hel” pamięta, że z trudem mógł przecisnąć się przez rozentuzjazmowany tłum, zreszta sam musiał powstrzymywać podkomendnych , którzy także chcieli biec do czołgu i nacieszyć się zdobyczą. W momencie eksplozji znajdował się już w bramie domu zamierzajac wyjść na ulicę, właściwie życie uratowała mu jakaś sanitariuszka, która chwyciwszy go za ramię, zaczęła z nim rozmawiać. Podmuch rzucił go na ziemię a wraz z nim paru kolegów. (...) Po chwili minęła go czarna od spalenizny dziewczyna, zalana krwia. To sanitariuszka Barbara Wajszczuk”. 

Wspomnienia o Basi Wajszczuk i jej rodzinie spisała również Halina Kozłowska „Wspomnienia Haliny Kozłowskiej (z domu Stawskiej) w 60. rocznicę śmierci trojga powstańców” Piotrków Trybunalski, 4 sierpnia 2004 roku:

"Basię, Wajszczukównę poznałam przed wojną w szkole powszechnej w Krasnymstawie. Mojego Ojca urzędnika, przeniesiono z Siedlec do tego powiatowego miasteczka, gdzie pracował w urzędzie skarbowym. (...) Najbliższymi moimi koleżankami były trzy dziewczynki: Joasia Niewidziajło, Teresa Borkowska i Basia Wajszczuk, z którą przez pewien czas siedziałam w jednej ławce. Basia była skromną, pełną prostoty dziewczynką o długich brązowych warkoczach, zielonych oczach, brzoskwiniowej cerze, ubraną zawsze, jak wszystkie dzieci, w czarny fartuszek z białym kołnierzykiem. Czasem bywałam w jej domu, w rynku. 

Rynek składał się z czworoboku przeważnie piętrowych budynków, a w środku znajdował się niewielki skwer. Mieszkanie Basi mieściło się na piętrze i było bardzo duże. Byłam zawsze onieśmielona, świadoma wysokiej pozycji w hierarchii społecznej tej rodziny. Ojciec Basi był powszechnie znanym lekarzem. Przechodziłyśmy przez dużą mroczną kuchnię, gdzie często pracowała matka Basi i szłyśmy do obszernego salonu zalanego światłem z okien wychodzących na skwer. Poznałam rodzeństwo Basi: najstarszą siostrę Danusię, która studiowała farmację, starszego brata Antka, wysokiego, czarnowłosego młodzieńca i najmłodszego Wojtka, ucznia szkoły powszechnej, małego pulchnego chłopca. (...) 

Wojna rozpędziła nas - trzy szkolne przyjaciółki, w różnym czasie traciłyśmy siebie z oczu. (...) Przyszedł do mnie doktor Wajszczuk, przychodził kilka razy dziennie i pamiętam to dobrze, w nocy pojawiał się cichutko i pochylał nic nic mówiąc. Przychodził z domu nocą do ciężko chorych, choć obowiązywała godzina policyjna. Być może doktor miał tzw. przepustkę, ale zdarzało się, że Niemcy nie sprawdzając strzelali do znajdujących się nocą na ulicy Polaków. Jednocześnie zapadłam na dwa tyfusy: brzuszny i plamisty. Leżąca na sąsiednim łóżku młoda kobieta, po otrzymaniu chleba chowała go pod poduszkę, pukała w ścianę nieprzytomnie wołając rodzinę, po trzech dniach cichutko umarła. Nikt do mnie nie przychodził, to był oddział zakaźny, krzątały się tylko siostry zakonne, łagodnie uśmiechnięte anioły o dobrych rękach niosących ulgę. Obcięły mi warkocze i czesały mnie. I cichy, nieodłączny doktor Wajszczuk z troską doglądający chorych. 

Leżałam w sali na wysokim parterze i pewnego dnia zdumiona zobaczyłam główkę Basi Wajszczukówny, zadartą jak najwyżej. Usłyszałam jej wesoły głos. Przyszła do szpitala po bochenek chleba, który lekarze czasem otrzymywali. Jak wdrapała się tak wysoko, nie wiem. Cieszyła się i wyciągała ku mnie rękę z ułamanym, ciemnym kawałem chleba, chwaląc go, że jest świeży, jeszcze ciepły. Ale ja nie mogłam wstać. W tym momencie wszedł doktor. Basia usłyszała surowe słowa ojca, który uświadomił nam, jak bardzo niebezpieczne byłoby zjedzenie przeze mnie choć najmniejszego kawałka tego chleba. Kiedy byłam już w domu przyszła pewnego dnia pani Wajszczukowa. Usiadła skromnie na krześle w kuchni i pytała moją mamę, czy pozwoli mi wyjechać na wieś z Basią do Żółkiewki, gdzie państwo Wajszczukowie mieli dom (lub jego część), chyba w jakimś folwarku. Pojechaliśmy we troje z Antkiem i Basią. Był to duży, drewniany dom pomalowany na ciemny kolor. Przed domem znajdował się podjazd i duży gazon. Basia prała mi moją odzież, karmiła, oddając wszystkie lepsze kąski. Gdy nie chciałam jeść, oświadczała, że jeśli nie zjem, wyrzuci to, bo ona jeść nie może. Ponieważ nie miałam szczoteczki do zębów, umyła mi je własną. W Żółkiewce nie byliśmy długo. 

U państwa Wajszczuków zamieszkał oficer niemiecki z gestapo, zabierając im część mieszkania. Dzieci tzn. Antek, Basia i Wojtek wyjechały do Warszawy do szkół. W Krasnymstawie zamknięto jedyną szkołę średnią i wywieziono większość nauczycieli. W stolicy były większe możliwości kontynuowania nauki. Moja mama jeździła czasem do swej rodziny przez Warszawę. Rodzeństwo Wajszczuków zapraszało ją, gościło, witało i żegnało ze łzami. Pani Wajszczukowa z Danusią, z Krasnegostawu jeździły często do dzieci. Pewnego razu po powrocie znalazły doktora martwego, leżącego na podłodze obok drzwi. Może chciał iść, szukać pomocy? 

W lipcu 1944 roku weszły do Krasnegostawu wojska polskie i radzieckie. Pierwszego sierpnia wybuchło powstanie w Warszawie. Kościół był otwarty cały dzień, gdzie wzywano do modlitwy za powstańców. Kiedy pani Wajszczukowa pojechała do Warszawy, nie było już domu, w którym mieszkały dzieci i nie było Warszawy. Mówiono, że szukała wszędzie swoich trojga dzieci i nie znalazła nikogo. Zostawiała kartki z prośbą o informację, szukała najmniejszych choćby śladów. Podobno kiedy dowiedziała się o ich losach, osiwiała w przeciągu kilkunastu godzin. Walcząc o wolną Polskę, zginęli wszyscy. 

Nie pamiętam, żebym podziękowała doktorowi za uratowanie życia, nie pamiętam, czy dziękowałam pani Wajszczukowej lub Basi. Wydawało mi się to wszystko takie zwyczajne i oczywiste. Smutne jest to, że często nie umiemy ocenić łudzi, których spotykamy na drodze życia. Dopiero po latach, z perspektywy, najczęściej gdy odejdą, stają się bardziej jednoznaczni, jednowymiarowi i nareszcie wiemy, jacy byli i kim w rzeczywistości byli da nas. W miarę poznawania ludzi i świata, który stworzyli, dowiedziałam się, że spotkawszy rodzinę Wajszczuków, spotkałam jednak dobrych Ludzi, moich prywatnych świętych, o których nie mogę myśleć bez łez. Dziś - ze wszystkich grobów na świecie, mam dwa najdroższe - mego Ojca i Matki oraz grób Rodziny Wajszczuków".
(Ana)